|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|
Wpisy z tagiem: recenzja
wtorek, 05 lipca 2011
Książka Giny Mallet została wydana w roku 2006, a jej oryginał w roku 2004, czy więc oznacza to, że "ostatnia szansa, żeby dobrze zjeść' już nas ominęła? Renesans oryginalnych produktów żywnościowych obserwujemy już od kilku lat, ale należy się zastanowić, czy parę jaskółek zwiastuje wiosnę, czy też te jaskółki raczej potwierdzają regułę. Bo Gina Mallet opisała w swojej książce, w którą stronę idzie świat, a właściwie, w którą stronę światowy rynek żywnościowy pchają ogromne koncerny zajmujące się żywnością (takie jak Cargill, Monsanto) czy też sieci supermarketów (Carrefour, Tesco lub Walmart). Ta książka nie jest jednak zbyt na serio napisana, spokojnie można ją wziąć na plażę, a nasze wątpliwej jakości wybory (np. wybór zuniformizowanych produktów żywnościowych) nie przyprawią nas o wyrzuty sumienia. Książka jest napisana dowcipnie, ze swadą i bardzo interesująco oraz bez zacietrzewienia, co dla jednych może byc wadą a dla innych zaletą. Autorka dzieli książkę na rozdziały podporządkowane poszczególnym grupom żywnościowym (warzywa, produkty mleczne, jaja itd) i pokazuje wpływ wielkiego przemysłu i handlu na ich produkcję, dystrybucję oraz nasze wybory. Nie jest ta książka żadnym traktatem naukowym. Posłużę się tutaj przykładem: swoją historię produkcji serów po drugiej wojnie światowej autorka zaczyna od działu serów w londyńskim Harrodsie. Ale Harrods jest tutaj przykładem starej, dobrej szkoły brytyjskiego handlu, który oferuje absolutną jakość, różnorodność i gdzie cena nie jest najważniejsza. Po drugiej wojnie światowej w latach 50-tych brytyjski przemysł serowarski był w rozsypce, mógł się "poszczycić" jedynie masowo, i państwowo produkowanym "serem narodowym", a małe farmy produkujące dobry Cheddar czy Gloucester były w odwrocie. W Harrodsie jednak można było kupić najlepszy Brie o różnym stopniu dojrzewania, mozzarellę, comte, parmezan czy też gorgonzolę, a ekspedient wiedział, co sprzedaje. Największym czarnym charakterem w tej książce są Amerykanie, którzy są przewrażliwieni na punkcie higieny, bakterii oraz myślą jedynie w kategoriach pieniędza, co oznacza uniformizację. Od lat 70-tych datuje sie początek presji wywieranej przez Amerykańską FDA (Food and Drug Administration) oraz ich przemysł rolniczy i sieci sprzedaży, aby zaprzestać produkcji oraz sprzedaży najpierw w USA a potem także w Europie (oczywiście Francuzi, Włosi oraz Brytyjczycy, Holendrzy i Szwajcarzy byli przeciw) serów robionych z surowego mleka, które rzekomo są zagrożeniem dla populacji. Autorka opisuje historię fałszowania wyników badań, które miały przekonać FDA do tego zakazu. A zakaz mógł mieć katastrofalne skutki dla naturalnej producji serów, które przygotowywane z surowego mleka mają bogaty smak, oddychają, dojrzewają i żyją. Przemysł globalny chciałby wyprzeć takie sery produkując maszynowo i "bezdusznie" surogaty serów typu niby "parmezan" utarty już na tarce i zapakowany - pełna wygoda i bezpieczeństwo. Zero smaku. Także dla supermarketów nie jest bez znaczenia to, że rosnąca popularność produktów organicznych w tym serów powoduje komplikację w kwestii transportu, przechowywania a także wymaga pośwęcenia kolejnej cennej powierzchni w sklepach. Wszystko więc wskazuje na to, że możemy być skazani na śmierć pewnych smaków, których początek życia datuje się nawet na 2 tys. lat wcześniej. Kiedy jednak przyglądam się polskim serom, myślę sobie, że chciałbym mieć takie problemy tutaj jak na Zachodzie (mleko surowe vs. pasteryzowane), bo u nas polskie sery (z nielicznymi wyjątkami) nie mają swojego zapachu, smaku, pachną po prostu mlekiem, czasami nawet mlekiem w proszku. Polacy nie są wyrafinowani w kwesti serów i pokazuje to nasz język. Mamy po prostu ser żółty, nieważne jaki, ser to ser. W angielskim jest cheese (wszystko co nie jest serem białym) ale nikt nie powie ser żółty w sklepie, bo sery mają swoje nazwy i każdy jest inny i wyjątkowy. U nas nazwy są jedynie umowne. Książka Mallet to właściwe także historia jej rodziny, bo jako mała dziwczynka autorka chodziła do Harrodsa i wybierała z babcią wspaniałe sery, których zapach jeszcze pamięta do dziś. Jeśli interesuje Was historia tego, co stało się z mięsem, jajami, warzywami czy rybą przeczytajcie tę książkę nawet na plaży?. Polecam.
Gina Mallet Ostatnia szansa, żeby dobrze zjeść, tł. Szlagor T., Wydawnictwo Twój Styl, Warszawa, 2006, s. 336
czwartek, 19 maja 2011
To jest blog archiwalny, zapraszam na http://domekzpiernika.blogspot.com/
Chciałem napisać o książce Flavour Thesaurus Niki Segnit zaraz, kiedy ją dostałem. Ale stwierdziłem, że poczekam na szparagi, żeby pokazać potencjał tej książki. Bo jak zobaczycie, szparagi nie tylko pasują do sosu hollandaise, szynki i parmezanu. Niki Segit postawiła sobie bardzo ambitny cel zebrania różnych smaków, ich pogrupowania według podobieństw i pokazania, co pasuje do czego. “Pasować” tutaj można przynajmniej na dwa sposoby: na przykład szparagi pasują do ziemniaków, dzięki podobieństwu, oboje posiadają ten sam”orzechowy, ziemisty smak” wg Segit. Gdybyśmy się ograniczyli jedynie do podobieństwa, tytuł tej książki byłby nad wyraz odpowiedni; „thesaurus” to słownik wyrazów bliskoznacznych. Tyle, że dzieło to obfituje w połączenia, które opierają się na przeciwieństwach np. buraki trochę mdłe, o zapachu i smaku ziemi plus chrzan, który przenosi buraka na inny poziom: wyciąga i wzbogaca jego słodycz. Nie wspominając o różnych połączeniach z cytryną. Nie jest to więc, jak widać, zawsze thesaurus. Autorka wybrała 99 produktów (od kawy, przez różne mięsa, do szparagów) i podzieliła je na grupy wg tożsamości smaku. W ten sposób stworzyła koło, gdzie podobne grupy sąsiadują ze sobą. Ale posłużmy się przykładem: do smaków określonych mianem “serowe” należą po kolei: ser kozi (sąsiadujący z mięsem kozim ze smaków mięsnych), sery typu Stilton (skórka płukana w solance), sery niebieskie, sery twarde, sery miękkie (np. Camambert). Tu kończy się grupa serowa i zaczyna się grupa „pachnąca ziemią”, którą zapoczątkowują grzyby, a dalej bakłażan, kumin, burak, ziemniak i seler. W tym miejscu zaczyna się grupa smaków musztardowych: rukiew, kapary i chrzan. Po musztardowych mamy smaki „siarkowe”: cebula, czosnek, trufle, kapusta, brukiew, kalafior, brokuł, karczochy szparagi i jajko. Uff Jak widzicie podziały są kontrowersyjne, ale przecież mówimy o smakach a nie o matematyce. Trudno mi na przykład wyczuć w szparagach nuty siarkowe tak samo jak nie rozumiem dlaczego korzeń pietruszki autorka zaliczyła do grupy pieprzowej razem z bazylią, gałką muszkatołową, goździkami i cynamonem. A jak Wy myślicie? Ma to sens? Książka obok połączeń podaje proste przypisy, jak podane zestawy smaków zrealizować. Nie spodziewajcie się jednak właściwych przepisów z listą składników, z wytłumaczonymi poszczególnymi etapami gotowana. Te przepisy są w stylu Elizabeth David, kilka linijek, bo są proste i kierowane do doświadczonych gotujących. Mi to nie przeszkadza, a raczej działa na moją wyobraźnię. Ta książka to kopalnia pomysłów, która pokazuje, jak najbardziej zaskakujące zestawienia mogą działać, bo sprawdzają się w innych niż nasze częściach świata I tak na przykład: można zrobić chutnej z orzeszkami ziemnymi, ogórkiem, chili, limonką i kokosem czy też połączyć grapefruit z awokado czy niebieskim serem. A teraz z czym do szparaga wg Niki Segit? Szparagi pasują do słonych produktów mlecznych (twarde sery i sosy na bazie masła). Dobre są z prażonymi migdałami duszonymi na maśle z cytryną. Sprawdza się ze smakami anyżowymi (sos bearneński z estragonem), z grzybami (flan szparagowy z kurkami duszonymi w sosie śmietanowym z maderą i ostrygami) i jajkiem na miękko (końcówki szparagów zanurzamy w płynnym żółtku). W Azji podaje się szparagi z sosem z orzeszków ziemnych, dobre są także z pomarańczami (do sosu hollandaise dodajemy 2 łyżki zredukowanego soku z czerwonych pomarańczy) Szparagi pasują także do słonych szynek i boczków, białej ryby, groszku i ziemniaków. Na koniec potrawa, która podobno ma być afrodyzjakiem: szparagi plus trufle (wg. autorki trufle zawierają ślady substancji podobnej do męskich hormonów świni ale nie będę z tej rewelacji wyciągał wniosków). Myślę, że w najbliższym czasie zrobię szparagi z orzeszkami ziemnym, bo chyba to najdziwniejsze dla mnie połączenie. Na koniec zrobiłem sobie fanpage'a na fb, więc, jeśli Was interesuje, to klikajcie.
niedziela, 15 maja 2011
To jest blog archiwalny, zapraszam na http://domekzpiernika.blogspot.com/
Nigella Lawson, jak wszystkim wiadomo, jest dobra na wszystko i dla każdego. Jednych utwierdzi w przekonaniu, żeby, bez względu na koszty, słuchali w kuchni swojego instynktu, innych pozbawi poczucia winy, kiedy nie wszystko, co podadzą na obiad, będzie „domowej roboty”. Jeszcze innych, tych mniej zainteresowanych gotowaniem, po prostu uwiedzie. Ale to nie będzie pozytywna recenzja, bo, moim zdaniem, format „Nigella Lawson” po prostu się wyczerpał.
Ale zacznijmy od tego, co najbardziej zirytowało mnie w tej książce. Kuchnia Nigelli została przetłumaczona w sposób niebywale seksistowski. Najwyraźniej tłumaczkom nie przyszło do głowy, że mężczyzna mógłby gotować i kupić tę książkę. Angielski ma tę łatwość, że czasowniki milczą o płci, u nas wystarczy liczbę pojedynczą np. mogłabyś zamienić na mnogą moglibyście i problem jest rozwiązany. Tym bardziej, że denerwuje mnie ten proceder spoufalania się z czytelnikiem. Autorki tumaczenia jednak nie wpadły na ten prosty pomysł i zdecydowały się pisać tylko dla kobiet. Ciekawe jednak, że same tłumaczki nie są konsekwentne, bo choć przez cały czas mówią do swojej „siostry” czytającej książkę, to czasami wyrywa im się z „Drogi Czytelniku”. Cóż Old habits die hard. I jeszcze jedno, choć należy pochwalić tłumaczki za to, że wszystkie angielskojęzyczne nazwy są wyjaśnione, to nie obyło się bez wpadek. I tak na przykład w przepisie na frittatę z mortadelą nikt nie wyjaśnia czytelnikom/czytelniczkom, że mortadella to dobra włoska kiełbasa, co powoduje, że czytający zaczynają podejrzewać, że autorce zepsuł się gust i ma ochotę na parówkową z PRL-u.
Tytuł książki Kuchnia Przepisy z serca domu, sugeruje, że pomysł opiera się na wyczarowaniu „Nigelli prywatnie” i okraszenie tego obrazka „osobistymi przepisami” Tyle, że zarówno z pisarstwa Nigelli jak i z przepisów, nie wynika ani nic nowego ani oryginalnego, a cały koncept wydaje się być niczym innym niż wabikiem. Zacznijmy jednak od stylu. Nie, nie będę się rozwodził nad niewiarygodnie kiczowatym stylem autorki, bo to się wielu może podobać albo jako komedia albo... no cóż niektórzy biorą to na poważnie. Chodzi mi jednak o to, że to przegięcie zaczyna już być nużące. Nigella albo się za bardzo stara być zabawna na serio albo nie ma nic po prostu do powiedzenia, no przynajmniej nic nowego do powiedzenia. Czasami jest także nie do końca jasne, co chce powiedzieć. I tak w przepisie na placek migdałowo-malinowy nie wiemy czy placek nie należy do gatunku cut and come again, bo jest tak dobry, że szybko znika, czy dlatego, ze nie nadaje się do długiego przechowywania. Tematy pisarstwa Nigelli sprowadzają się do 4 haseł: Kuchnia dobra na wszystko, Nie wstydź się swoich popędów w kuchni, Zalety długiego mieszania i Autentyczność potraw nie jest istotna. Ale ileż można czytać o tym, że nie warto się spinać w kuchni, bo gotowanie jest terapeutyczne? Czwarty temat dotyczący autentyczności dużo nam powie o tym, dla kogo nie jest ta książka. Nie jest ona dla tych gotujących, którzy uwielbiają czytać książki kucharskie o autentycznych potrawach regionalnych z danego kraju. Jeśli tego chcecie, czytajcie Marlenę de Blasi czy na przykład tych wszystkich Amerykanów mieszkających we Francji i piszących o tym kraju. Nigella, jak sama pisze, nie podróżuje samolotem, a przechadza się po supermarkecie, wkłada różne regionalne produkty do koszyka, miesza je ze sobą i wpada na chwytliwą nazwę, która jej pasuje. I tak mamy w tej książce potrawy, które tylko dlatego, że mają dużo przypraw, nazywane są po indyjsku, albo potrawy, które Nigelli nasuwają różne asocjacje wystarczające, żeby połączyć je luźno z jakimś miejscem na ziemi. Przykładem skrajnym takich potraw jest meksykańska lazania (meksykańska bo takież składniki, lazania bo ułożona na sposób lazanii) czy też lazania wenecka z polenty, bo tak się Wenecja kojarzy Nigelli. Nie chcę powiedzieć, że taki stosunek do potraw jest z gruntu zły, tylko należy pamiętać, że są także INNE książki kucharskie i takich także należy spróbować. Nigella jest tylko autentyczna, kiedy pisze o kuchni brytyjskiej, więc do tematów jest pisarstwa można jeszcze dodać Szanuj swoje dziedzictwo. W książce kucharskiej najważniejsze jednak są przepisy. Ja dzielę je na te, o których nie mam nic do powiedzenia, na te które mi się podobają i na te, które nie podobają mi się w ogóle. Od razu mówię, że nie znam się na owocach morza i kuchniach dalekowschodnich. Lubię sushi, noodle, olej sezamowy i to by było na tyle;) Myślę, że największym grzechem tej książki jest nuda. Ta nuda jednak pochodzi z dwóch źródeł. Po pierwsze wiele przepisów, które prezentuje Nigella, to lekko zmienione wersje potraw, które były już w innych jej książkach. I tak znowu mamy nudne czekoladowe ciasta, ciasteczka, serniki, brownies, itd. Tłuste szynki, żeberka, pulpety, kotlety makarony i to ciągłe używanie pancetty i chorizo. Całkowicie jednak chybione przepisy dla mnie to trifle, który woła o pomstę do nieba bo w wygląda jak wysypisko śmieci, pizza na miękkim spodzie (pizza i miękki spód?! Z pewnymi rzeczami się nie eksperymentuje, bo można je tylko zepsuć) oraz chrupiące skóry wieprzowe (aż mną wstrząsa). Jest coś w ciastach Nigelli, co mnie odrzuca. Nie tylko to, że wszystkie są na proszku i robi się je w 10 minut (to nieprawda, że za minimum wysiłku, otrzymujesz maksimum satysfakcji) ale chyba nawet bardziej to, że jestem wychowany w ten sposób, że ciasto, które opadło, to zakalec i jest on porażką. Dlatego nie znoszę brownies. U Nigelli prawie każde ciasto jest opadnięte i dlatego dla mnie niejadalne. A ciasto kminkowe w książce to już przesada, bo wygląda na zdjęciu jakby opadło do połowy formy. Książka jest nudna także dlatego, że jest w niej wiele dań z klasycznej kuchni międzynarodowej i nie trzeba kupować książki Nigelli za prawie 100 złoty, żeby dowiedzieć się jak je zrobić, bo wystarczy sprawdzić w internecie. I tak mamy tutaj przepisy na przykład na:
Itd, itp. W ogóle ciekawe jest to, że Nigelli tak łatwo ten recycling uchodzi na sucho. Trzeba także dodać, że wiele potraw Nigelli to assembly job, gdzie gotowe składniki trzeba jedynie złożyć razem; nie wiem, czy jest to jeszcze gotowanie. Trochę jest to podobne do Semi-HomeMade Sandry Lee, tyle z Sandry się śmieją a Nigellę podziwiają. Najlepszym testem książki kucharskiej dla mnie jest to, ile potraw z niej zaraz chcę ugotować. Z Plenty Ottolenghi mogę ugotować prawie wszystko, tu jedynie kilka przepisów. I tak ciasto migdałowo-marchewkowe z polentą, sałata z boczkiem (ale gdzie grzanki?), pulpety z indyka, krem margarita do ciasta czekoladowego, kotlety z porto i rozmarynem i sernik z bananami. Książka Nigelli Lawson jest więc dla jej fanów, którzy są kolekcjonerami. Nie polecam tej książki tym, którzy mają większy apetyt i większe ambicje.
Nigella Lawson Kuchnia Przepisy z serca domu Filo 2011
sobota, 05 lutego 2011
To jest blog archiwalny, zapraszam na http://domekzpiernika.blogspot.com/
Nowy numer Kuchni już w kioskach i w odróżnieniu od recenzji z zeszłego miesiąca, tym razem będę chwalił. Kuchnia na luty ma o wiele więcej interesujących przepisów, ciekawych historii oraz humoru. Zacznijmy od okładki. Chciałoby się zbyt pośpiesznie napisać, że to ograne, banalne i przewidywalne, nie tylko dlatego, że serce i walentynki ale także dlatego, że nie ma nic odkrywczego w wiśniach na kruchym cieście. Tyle, że po wymianie maili z red. naczelną Kuchni Anną Wrońską zdałem sobie sprawę, że z marketingowego punktu widzenia taka okładka jest nie do pobicia: bo jest na czasie, bo pięknie i efektownie wygląda no i obiecuje świetne rezultaty przy minimmum wysiłku. Nie czepiajmy się więc efektownych okładek, bo ich główne zadanie polega właśnie na sprzedaży produktu. Tę funkcję lutowa okładka spełnia wyśmienicie. Idziemy dalej i na "pyszny początek" mamy przepis na "słodkiego rudzielca" czyli na ciasto marchewkowe doprawione na sposób korzenny. Parę tygodni temu pewnie bym się tak nie zachwycał ciastem marchewkowym, ale później trafiłem do małej kawiarni Szewska Pasja we Wrocławiu, gdzie jadłem niesamowicie dobre ciasto marchewkowe: korzenne, wilgotne i puszyste, ale nie za słodkie. Mam nadzieję, że przepis z Kuchni pozwala przynajmniej zbliżyć się do ideału z Szewskiej Pasji. Obracamy stronę i trafiamy na dwa przepisy mistrza kulinanrego Bartłomieja Czerwińskiego, który przygotował dwa przepisy na perliczkę: z szafranową gruszką i sosem żurawinowym oraz z sosem maślano-cytrusowym. W pierwszym przepisie marynujemy perliczkę w tymianku, soku pomarańczowym oraz w liściach limonki. Mięso smażymy, a sos przygotowujemy z żurawiny i miodu. Gruszka, towarzyszka perliczki na talerzu, gotwana jest w winie z szafranem oraz octem. W drugim przepisie perliczka podawana jest z sosem z białego wina, limonek oraz martini i trawy cytrynowej. Czyż to nie brzmi intrygująco? A przy tym nie jest trudne i da się zrobić w domu. Kuchnia w tym wydaniu postawiła także na kontent informacyjny. I tak, mamy opis pasty z tamaryndowca i do czego taką pastę można użyć (sałatki, marynaty do drobiu, napoje a nawet lody). Felietonista Ludwik Lewin opisuje w ciekawy sposób palmy daktylowe, które, o dziwo, nie występują już w stanie naturalnym a zapylane sa przez ludzi poprzez potrząsanie męskimi kwiatami nad ich żeńskimi odpowiednikami. W starym rzymskim przepisie daktyle są najpierw nadziewane orzechami włoskimi i piniolami, następnie zanurzane w płynnym miodzie i w końcu posypane pieprzem i solą. Delicje:) Redaktor naczelna napisała świetny tekst o historii ginu, gdzie można na przykład dowiedzieć się jakie hasło reklamowało angielskie puby w XVIII wieku: "Będziesz pijany za pensa, nieprzytomny za dwa. Świeże siano gratis." Artykuł uzupełniają zdjęcia z fabryki ginu, które przypominają scenografię z najlepszych powieści steampunkowych. Mamy także ciekawy tekst o hodowaniu, jedzeniu oraz historii ostryg. Adam Chrząstowski przedstawia swój przepis na terrinę z jelenia i polędwicy. Przepis jest bardzo ciekawy, ponieważ doprawione jałowcem oraz brandy mielone mięso z udźca otacza podsmażoną polędwicę, a wszystko piecze się pięknie zawinięte w plastry boczku. Nic dodać nic ująć. Bardzo intrygującym pmysłem sa przepisy na różnego rodzaju kremy brulee, gdzie składniki się zmieniają zarówno na słono jak i na ostro, tylko jedna idea pozostaje, chrupiąca skorupka na kremowym nadzieniu, która aż prosi się o rozbicie. I tak, mamy tutaj creme brulee miętowy, z orzechowym karmelem oraz figowy i marchewkowo-pomarańczowy. W wersji na słono możemy skosztować creme brulee z foie gras oraz ziołami. Chyba naprawdę kupię sobie palnik, bo remekiny już mam. W tym numerze Jamie Oliver przedstawia jak wykorzystać tego samego ptaka w trzech różnych odsłonach. Mamy świetny, choć może tylko dla Brytyjczyka odkrywczy, przepis na piecznego kurczaka z grzybami. Z tego co postało nam po kurczaku możemy zrobić sałatkę z dyni, korzenną i ostrą z grzankami, przedni pomysł. Nie jestem pewny natomiast co do zupy jarzynowej z kurczakiem, która gotowana jest na kościach i resztkach mięsa z pieczonego kurczaka. Nigdy takiej zupy nie jadłem, więc trudno mi coś powiedzieć na ten temat , ale wydaje mi się, że raczej cienki będzie ten wywar. W sekcji o smakowej soli mamy bardzo ciekawe przepisy (buraczki z kozim serem i zieloną solą (cytryna, oregano, sól), grzanki z kozim serem i musem morelowym (sól plus merlot), chrupiący okoń morski z caponatą (sól plus wanilia)) Problem polega na tym, że nie jestem pewien, czy wymieszanie dwóch składników z solą wnosi do potrawy jakąś nową jakość (jest to jedynie jasne w przypadku brownie z pomarańczową solą). Może taka przyprawa lepiej przenosi smak w potrawie, ale redakcja o tym nie pisze, więc patrzę trochę na sól smakową jak kolejny gadżet w kuchni. W dalszej części numeru możemy obejrzeć przepisy z awokado. Na początek tarta z awokado o pięknym zielonym kolorze, estragonowa zupa oraz terrina z awokado. Ta ostatnia to masa z awokado, białego sera oraz pietruszki, szczypiorku i czosnku. Całość posypujemy tłustymi oliwkami i pistacjami. Kuchnia poświęca także miejsce książce Anny del Conte The Painter, the Cook and the Art of Cucina. Autorka ta jest ikoną włoskiej kuchni w Wielkiej Brytanii. Sam posiadam jej książkę, a raczej jej zbiór the best of...pt. Amaretto, Apple Cake, and Artichokes. Naprawdę polecam. Pióro i Bieńczyk tym razem wzieli się, a jakże, za Walentynki. Tekst jest pełen humoru i radzi, żeby się zbyt nie napinać robiąc walentynkową kolację. Można także zrobić coś zabawnego, kiczowatego i banalnego jak na przykład banany w czekoladzie: z jajem, bo banał jakich mało, ale dobre a nawet bardzo dobre. No i atmosfera się na koniec kolacji rozluźnia. Można tylko zrobić uwagę, że gdy Bieńczyk i Pióro śmieją się z konwencji (przyćmione światło, Julio Iglesias i czerwone landrynki), trochę zapominają, że, częściej niż nam się wydaje, ludzie używają konwencji wziętych z popkultury (cytatów z filmów które widzieli i telenowel, książek ambitnych lub mniej), żeby wyrazić prawidziwe emocje. Popkultura dostarcza gotowych skryptów, którymi mówimy nawet ich nie zauważając Felieton jest zwieńczony bardzo smakowicie zapowiadającym się risotto z suszoną gruszką oraz fenkułem. Kuchnia także daje zabawny ale ostrzegawczy w tonie tekst o skutkach diety ducana. Biorąc po uwagę popularność tej diety w internecie na forach, fanpagach i blogach, jest to wielce ryzykowny ruch. Ale mi się ten ruch podoba, więcej ryzyka w Kuchni. Kupicie Kuchnię na luty?
poniedziałek, 10 stycznia 2011
To jest blog archiwalny, zapraszam na http://domekzpiernika.blogspot.com/
Czytając tę recenzję niech zawsze z Wami będzie stwierdzenie, że każda recenzja zależy od oczekiwań recenzującego ;) Po tym pokrzepiającym zdaniu zacznijmy od tych stron w Kuchni dla których warto na tę gazetę wydać 7,99. Bardzo podoba mi się historia o kozich serach. O tym jak i gdzie się je robi, oraz co można z nich przyrządzić. Gdybym miał się do czegoś przyczepić to fakt, że nic nie wiadomo na temat pana, który artykuł napisał, a artykuł jest bardzo osobisty (jak to autor kupił dom we Francji i poznał tam ludzi robiących kozie sery). Historia ciekawa ale autor jak królik z kapelusza. Co do przepisów możemy tutaj podziwiać pierożki z kozim serem i szpinakiem, chlebki z kozim serem, zupę, marynowany ser kozi oraz sernik z sera koziego. Bardzo także podobała mi się historia powstania Crepes Suzettte. Prawda jest jednak taka, że gdyby nie historia powstania tych naleśników, przepis na ten smakołyk byłby całkiem chybiony, bo jest on prawie tak popularny jak tirami su (także obecny w dziwacznej edycji w tym numerze). Spójrzmy prawdzie w oczy, po tym jak Nigella spopularyzowała Crepes Suzette, nikt nie przebije jej siły rażenia. Bardzo podoba mi się przepis na halibuta młodego kucharza Ernesta Jagodzińskiego, który wygrał plebiscyt kucharza roku w kuchni za rok 2009. Halibut dosmaczony solą o smaku mango (sic!) obsmaża się na patelni a następnie przyprawia się oliwą o smaku chorizo. Podobał mi się dział pod tytułem slow food, gdzie gotuje się baaaardzo wolno. Czytałem ten artykuł trochę jednak z ciekawości a nie dlatego, że bardzo chciałbym gotować sos pomidorowy z mięsem przez 3 godziny (nikt jest napisane w przepisie, jak to zrobić, aby sos się nie przypalił w czasie gotowania) Jestem pewny, że angielski pudding gotowany 5.5 godziny i dojrzewający 2 miesiące musi być pyszny ale, sam osobiście nie znam nikogo wystarczająco ambitnego, żeby podjąć się tego zadania. Dorsz z boczkiem z pure z selera autorstwa Tadeusza Pióro musi być dobry (pieczona ryba, sos maślanowinny i chrupiący boczek), natomiast jego buraczki z białym serem i kminkiem, choć, bardzo ładnie podane, jakoś do mnie nie przemawiają. Trochę bym się obawiał, że smak może być mdły (słodki burak, słodkawy ser, choć kminek może to ratować), a dodatek mięty jest dla mnie nie do przejścia. Trzeba kuchnię pochwalić za poświęcenie dwóch stron swojego magazynu najlepszej klasyce, bo mamy przepis na sos holenderski, który jest jednym z najlepszych klasycznych francuskich sosów i warto go umieć zrobić. Jeśli chodzi o rozdział poświęcony winogronom mam mieszane uczucia. Lekkie Risotto z winogronami i kurczakiem może być naprawdę dobre, tak samo jak liście winogron z fetą. Nie rozumiem jednak, po co dawać w środku zimy przepis na chłodnik winogronowy i to dyskusyjny (słodka zupa z miętą nie umywa się na przykład do białego gazpacho z białych winogron i migdałów). Do tego ten schab nadziewany winogronami. Z doświadczenia wiem, że większość schabów tak nadziewana (jabłkami, śliwkami itd) jest przeraźliwe sucha a ten przepis to banał, i do tego winogrona są na tyle subtelne, że końcowy smak nie jest wart zachodu. I tu niespodzianka, bo podobała mi się jednak marynata do tego schabu (jałowiec, rozmaryn, cząber wino wytrawne). W comiesięcznej odcinku tym razem Jamie Oliver przedstawia fajny cranachan sundae (owoce, bita śmietana, płatki owsiane i jogurt) ale już zupa z soczewicy to zwykła fasolowa a pieczony kurczak znowu z miętą. W części o potrawach na karnawał mamy miks przekąsek, owoców morza i dipów. Nie jadam owoców morza, zatem mój jedyny komentarz to, dlaczego przepis na guacamole zawiera jedynie avocado i cytrynę a gdzie pomidor czy kolendra? Co do porażek tego miesiąca zacznijmy od ciast... Kuchnia nie ma złych przepisów, jej raczej błąd polega na banale i recyclingu wiecznie tego samego: Na okładce ciasto czekoladowe (czekolada trochę miodu, mąka, jajka i gotowa polewa), następnie mamy ciasto, a jakże, znowu czekoladowe tyle, że tym razem z wiśniami na kakao, maślance i sodzie. Ciasta jak zwykle ładnie wyglądają ale nie chce się ich robić, bo takich ciast jest tysiące. Następnie dział z ciastami w środku numeru i znowu ciasto czekoladowe (kakao, soda, maślanka) nadziewane masą ze śmietany i czekolady. Dalej mamy pavlowę orzechową z polewą kawową schowaną dla niepoznaki pod nazwą beza orzechowa z kremem kawowym. Następnie Kuchnia częstuje nas tartą migdałową z brzoskwiniami ( z puszki), która jest dokładnie taka jak się spodziewacie, czyli kruche ciasto, frangipane i brzoskwinie. No i na końcu ciasto tirami su (tu przetłumaczone zbyt jednoznacznie jako poderwij mnie) to jest biszkopt z mascarpone i kawą tylko po co, skoro oryginał lepszy. Przeglądając Kuchnię od początku po cieście czekoladowym z wiśniami mamy dwa przepisy z pekanami: naleśniki mięsnopekanowe oraz tartę pekanową. Drugi przepis to po prostu kruche ciasto, krówki i pekany. Co do pierwszego przepisu myślę, że to fajny pomysł ale nie jest powiedziane, ile naleśników wychodzi z podanych proporcji, a 100g pekanów oraz jedna pierś na głowę to jak dla mnie trochę za dużo na 4 osoby. Dalej. W Kuchni mamy stronę pod tytułem 5 składników (5 składników i danie). Polędwiczka z morelami nic wielkiego, ale mnie zastanawia, dlaczego na zdjęciu jest musztarda Devely a redakcja nie zaznacza artykułu jako promocji (przecież można pokazać musztardę no-name). Na końcu chciałbym napisać parę słów o felietonach w Kuchni. Pierwszy felieton to „Drobne etiudy o podrobach” Autor chciał bardzo ambitnie napisać o podrobach zaczął więc od Chopina i na nim skończył, taka piękna klamra. Bo podobieństwo między podrobami a Chopinem jest (i podroby i mazurki Chopina pochodzą z ludu) i nawet może by to porównanie autorowi uszło, gdyby nie to, że Pan felietonista poświęca fragment tekstu związkowi między podrobami a ludożerstwem. Jeść się odechciewa, a podrobów tym bardziej. Myślę, że gdyby nie ten Chopin i nie to ludożerstwo, felieton byłby wiele lepszy. Drugi felieton to właściwie rozmowa między Tadeuszem Pióro a Markiem Bieńczykiem. Panowie chyba wpadli razem na pomysł, żeby posłużyć się literackim konceptem iście barokowym, by zwrócić na siebie uwagę czytelnika: pierwszy koncept to taki, że w Toskanii nie jest się warzyw, a drugi, że także na polskiej wsi warzyw się nie jada, bo warzywa królują w miastach na przykład w warszawskim Wilanowie. Od konceptów przechodzimy gładko do warzyw w polskiej kuchni, przetwórstwa oraz patriotyzmu lokalnego. Ale zajmijmy się najpierw barokiem. Toskańczycy nie kupują warzyw, bo je sami zbierają. A właściwie nie zbierają, bo warzywa w Toskanii są dziełem przypadku. Nie ma warzyw w toskańskich domach, za to są w sklepach, bo jedzą je turyści (!). W Toskanii więc króluje mięso, a raczej królowałoby, gdyby autor nie uraczył nas urokliwym obrazkiem, jak to Toskańczyk wybiera się na poziomki, sałatę czy trufle do lasu i wtedy je warzywa. To tak taki piękny obrazek zatwardziałego mieszczucha. Mieszczuch wychodzi z szanownych panów, gdy dowiadujemy się, że na wsi nie je się warzyw. Nie wiadomo jednak na której wsi, bo panowie nie podali. Idąc tym tokiem rozumowania, panowie powinni założyć sobie ogródek w Wilanowie i zacząć hodować buraki. Felieton mógłby być udany, bo miał być o tym, że powinno się wiedzieć skąd pochodzi nasze jedzenie i powinniśmy popierać polskie rolnictwo, bo dobre ale zamienił się w takie blah blah blah. Kupicie Kuchnię na styczeń?
poniedziałek, 20 grudnia 2010
To jest blog archiwalny, zapraszam na http://domekzpiernika.blogspot.com/
Dzisiaj kolejna recenzja dwumiesięcznika Food & Friends, numer drugi. Niektórzy uważają, że zawsze najtrudniejszy. Nie będę się tym razem rozwodził na temat różnych mankamentów tego pisma (które się nieźle trzymają także w numerze drugim), postaram się raczej skupić na samych potrawach. Dla porządku jednak przypomnę krótko, co szczególnie nie podobało mi się w numerze pierwszym (recenzja tu). Zaczynając od potraw, są one w większości przypadków trudne i pracochłonne do wykonania, a sama redakcja niczego nam nie ułatwia: nie tłumaczy technik przygotowania konkretnych przepisów, nie opisuje produktów, które przeciętnemu mieszkańcowi Polski z niczym się nie kojarzą oraz nie podaje skąd je wziąć. Cały magazyn to właściwie seria artykułów reklamowych na temat ekskluzywnych miejsc, gdzie można ciekawie spędzić czas i zjeść bardzo dobre i oryginalne jedzenie. Czasopismo zatem jest, jak widać, niekończenie dla tych, którzy chcą coś nowego ugotować, choć nie przeczę, że można w przepisach znaleźć wiele inspiracji. Na plus magazynu trzeba zaliczyć piękne zdjęcia potraw oraz ogólną staranność tego wydawnictwa.
Wracając jednak do aktualnego numeru magazynu. Otwieramy magazyn i już na początku oglądamy miłe dla oka zdjęcia oryginalnie podanych zimowych zup kremów, które redakcja nazywa „shotami”. Zupy jednak są co najwyżej poprawne, bo nie ma nic oryginalnego w kolejnej korzennej dyniowej, pietruszkowej czy też burakowej (choć ta akurat jest podana z limonkowym jogurtem). Moją uwagę przykuła jedynie zupa krem z prażonego czosnku, czyli pieczonego czosnku w łupinach, który potem dodawany jest do śmietanki i miksowany.
Następnie redakcja przedstawia nam książkę kucharską NOMY, skandynawskiej restauracji, która robi ostatnio furorę na całym świecie (7-daniowe menu 1049 euro). Właściwie przedstawienie książki sprowadza się jedynie do pokazania 4 zdjęć pochodzących z tej publikacji oraz dwóch przepisów, niestety nie na kultową grządkę warzywną na słodowym podglebiu z ziołami, a bardzo bym był ciekawy, jak to zrobić. Przydałaby się jakaś recenzja tej książki tym bardziej, że nie jest ona oczywiście przetłumaczona na język polski. Trzeba pochwalić redakcję Food & Friends za podanie relacji z festiwalu Film Food Fest, która musiała być bardzo ciekawym wydarzeniem. Śmieszy jednak trochę rozmowa z Joanną Albin marketing managerem z Kuchni.tv, która opowiada o tym, jak kanał ten ciągle kupuje nowe produkcje. Z własnego doświadczenia wiem, że Kuchnia.tv to ciągłe powtórki w większości nudnych programów kulinarnych (a jak sobie przypomnę opadnięte na bokach kruche ciasto braci Kuroniów...).
Następny rozdział to przekąski i tutaj strasznie mi się spodobały frytowane kuleczki z sera koziego w dipie z maliny moroszki (super kombinacja kontrastów), pomysł na pasztet kaczy w figach gotowanych z porto (choć to raczej propozycja podania niż przepis). Przepis na zimowe podsuszone pomidory to raczej nieporozumienie, bo trudno mi sobie wyobrazić, że coś może pomóc zimowym pomidorom i wykrzesać z nich odrobinę smaku. Sałatka z buraków z kremem chrzanowym to po prostu nowa propozycja podania ćwikły. Potrawy z restauracji Lux przypominają dzieła sztuki, a już nadziewana truflami jagnięcina przywodzi na myśl abstrakcje Jacksona Pollocka . Nie będę się wypowiadał na temat przepisów, bo po prostu nie mam pojęcia jak może smakować np. sercówka z kolczakiem obłączastym.
Dalej mamy relację z Fjallgarden, restauracji na stoku narciarskim, gdzie szczególnie mnie zainteresował pstrąg wędzony na zimno z zupą Vichysoisse (biała zupa z warzyw korzeniowych doprawiona trawą cytrynową) oraz z kremem z koziego sera. Możemy tam także skosztować słodkich deserów: daiquiri rokietnikowe z bananowo-czekoladowym cygarem i pianką z białej czekolady. W kolejnej restauracji Villa Tottebo najbardziej chciałbym spróbować mus gruszkowy z czekoladkami, sorbetem gruszkowym, kwaskową pianką o smaku gruszkowym oraz z marynowaną gruszką z anyżem gwiazdkowym, suszoną gruszką i kryształkami gruszkowymi: no czyż to nie jest wspaniały przykład potrawy restauracyjnej ale nazwę to mogliby skrócić uff. Zimowe menu to solona pierś kacza z marmoladą z cebuli oraz sandacz z pieczonymi ziemniakami z cebulą w sosie z czerwonego wina. Na deser parfait jabłkowe z masą z orzechów piniowych. Pewnie na kremowe ciasto orzechowe z jogurtem waniliowym nie miałbym już miejsca, a dla porządku muszę wspomnieć, że ciasto kruche na zdjęciu nie wygląda dobrze, jest jakby zbite i źle upieczone. W rozdziale Zielone jest zdrowe na uwagę zasługuje jedynie sałatka marchewkowa z pomarańczą i tymiankiem oraz risotto z groszkiem i cytryną. Najbardziej rzuca się jednak w oczy sałatka z młodych buraków z serem feta (nazwę skracam), bo zdjęcie jest po prostu genialne, jak piękny obraz oczywiście abstrakcyjny. Reszta rozczarowuje banałem: zupa fasolowo- pomidorowa, zupa selerowa z karmelizowanym cebulą czy cannelloni ze szpinakiem. W opowieści o karierze polskiego kucharza Pawła Oszczyka we Włoszech zwraca uwagę przede wszystkim comber jagnięcy pieczony oraz Mille Feuille z gorzkiej czekolady z musem czekoladowo-śliwkowym, musi być pyszne. W czasopiśmie mamy także relację z Dziupli, której specjalnością są dania z łosia. Nie znam się na dziczyźnie, dlatego mój jedyny komentarz a propos łosi jest taki: jeśli sama redakcja pisze, że w Puszczy Kampinowskiej żyje jedynie 200 łosi, to przydałaby się informacja, skąd Państwo z Dziupli biorą swoje mięsa z łosia? Na koniec należałoby wspomnieć 4 strony poświęcone Magdzie Gessler. Obiecująco wygląda mus-pasztet z łososia z sosem pomarańczowo-gorczycowym. Piernik bardzo standardowy, nic ciekawego, Mamy jeszcze kurnik wileński ale skąd wziąć do niego główny składnik czyli grzebienie kogucie? Nie wiem, nie wiem też czy chciałbym je jeść. Co do stylu, bo redakcja bardzo reklamuje stylizację stołu Gessler jako świat Alicji z Krainy Czarów. Redakcja, moim zdaniem, przypadkowo trafiła w dziesiątkę jeśli chodzi o gust Magdy Gessler. A gust to kiczowaty nadmiar, czyli właśnie coś, co dzieci lubią najbardziej. Ten przeładowany stół pełen luster, mikołajów, złotych kieliszków i koszmarnych talerzy rodem z rokoko. No i ten stroik na żyrandolu prosto z Wesela, coś okropnego. Gessler szanuję za rewolucje w kuchniach ale niekoniecznie w estetyce.
Powyżej stół Magdy Gessler Jak pisałem wcześniej, Food & Frieds to czasopismo miłe do pooglądania, czasami do inspiracji. Zdecydowanie jednak nie traktujcie go jako zbioru przepisów, które chcecie zrobić w kuchni, dużo pracy i lepiej jednak iść do restauracji. Strona http://www.foodandfriends.pl/
niedziela, 21 listopada 2010
To jest blog archiwalny, zapraszam na http://domekzpiernika.blogspot.com/
Kupiłem wczoraj książkę Marleny De Blasi pod tytułem Smaki Południowej Italii Wydawnictwa Literackiego. Książka jest naprawdę wspaniała, choć nie ma w niej żadnych obrazków (trochę szkoda), ale przepisy i pełne uroku teksty o południowych Włoszech wynagradzają ten mały mankament. De Blasi napisała książkę o włoskiej kuchni regionalnej, dlatego podzielona jest ona na rozdziały według regionów takich jak Sycylia, Kalabria czy też Kampania i Abruzja. Jeśli chodzi o przepisy, są one wybitnie mięsne tj. mamy tutaj dużo dań z wieprzowiny, cielęciny oraz przede wszystkim z jagnięciny. Na szczęście południe obfituje także w warzywa i dlatego znajdziemy tutaj także wiele dań opartych na nich.
Szukający dań słodkich także nie będą zawiedzeni, bo każdy rozdział o potrawach konkretnej kuchni regionalnej kończy się przepisami na dania słodkie. Uwielbiam tę książkę za to, że przepisy De Blasi obiecują wspaniale zniuansowane smaki, gdzie, choć musimy się zaopatrzyć nierzadko w wiele składników, czeka na nas wspaniała uczta wyrafinowanych smaków. Żeby zaoferować Wam porównanie: cukier wanilinowy jest marnym substytutem dlatego, że oferuje nam smak, który zamiast być delikatny i jednocześnie bogaty, bije w nasze kubi smakowe sztuczną prostotą jak budowa cepa. Kuchnia południowych Włoszech to naturalne produkty plus zaskakujące połączenia. Żeby zaprezentować przykłady smaków De Blasi, mamy tutaj przepis na makaron z migdałami i suszonymi pomidorami, w którym możemy także znaleźć skórkę pomarańczową, czosnek, chili i czerwone wino. Do marynowanego miecznika w soli i grappie, De Blasi proponuje mało słodką marmoladę cytrynową a królika dusi w miodzie z kasztanami. Patrząc na te połączenia nie mogę się oprzeć przekonaniu, że kuchnia południowych Włoch wiele odziedziczyła z kuchni śedniowiecza. Dania słodkie to przede wszystkim dużo różnych orzechów, miodu i pomarańczy. Przy okazji każdego przepisu możemy poznać także jakąś ciekawą historię i tak w przepisie na ciasto migdałowo - orzechowe możemy się dowiedzieć, że ten kruchy wypiek był kiedyś pieczony w kształcie figurek żołnierzyków na koniach, a następnie rozdawany dzieciom w święto w San Marzano. Zaletą książki jest to, że jest niezwykle różnorodna. Znajdziemy tutaj dania mięsne, rybne oraz z owoców morza. Jej mocną stroną są także zupy, potrawy z warzyw a nawet z ziemniaków. No i oczywiście czekają na nas oryginalne słodycze jak na przykład tarta figowa doprawiana anyżem. Trzeba także pochwalić tłumacza Jacka Koniecznego, że się naprawdę spisał, a o dobre tłumaczenie jest niezwykle trudno szczególnie, jeśli przypomnimy sobie na przykład fatalne tłumaczenie Nigelli Christmas. Razi mnie jedynie zwracanie się do czytelnika na TY i to o dziwo w rodzaju męskim (w Nigella Christmas był to rodzaj żeński) a przecież książki kucharskie są szczególnie kierowane dla kobiet. Seksizmu łatwo byłoby uniknąć zwracając się po prostu do czytelników per Wy. Książkę bardzo polecam tym bardziej na zimę, nie da nam zapomnieć o lecie. Jak tylko coś z niej ugotuję, dam Wam znać. Wydawnictwo Literackie, 2010
czwartek, 18 listopada 2010
To jest blog archiwalny, zapraszam na http://domekzpiernika.blogspot.com/
W październiku tego w roku wyszedł w Polsce magazyn Food & Friends zajmujący się, mówiąc szeroko, kulturą jedzenia. Jak pisze redakcja we wstępniaku na początku numeru, magazyn został zainspirowany podobnym czasopismem wychodzącym w Szwecji o tym samym tytule. Zaryzykowałbym twierdzenie, że inspiracja to za mało powiedziane, ponieważ w dużej części numer poświęcony jest skandynawskiej kuchni oraz szwedzkim restauracjom. Także zdjęcia wykonane w Skandynawii są autorstwa skandynawskiego fotografa. Na szczęście nie cały numer jest poświęcany jedynie klimatom skandynawskim (choć to ciekawe, narażeni bylibyśmy na przesyt). Redakcja pokazuje także miejsca warte odwiedzenia w Polsce zarówno ze względu na kuchnię jak i atmosferę tam panującą czy też jakość usług.
Recenzując czasopismo zawsze można być narażonym na zarzut subiektywizmu, ale z drugiej strony czy obiektywne recenzje są ciekawe? Nie sądzę. Na początku przedstawię zalety oraz wady czasopisma z MOJEGO punktu widzenia, a na koniec zastanowię się czy redakcja dobiera właściwy kontent czasopisma do targetu swojej publikacji. Zacznijmy od zalet. Magazyn jest drukowany na bardzo dobrym papierze i, co ważne, nie jest on zbyt błyszczący. Zdjęcia potraw oraz miejsc przedstawianych przez redakcję są niezwykle piękne i dopracowane w każdym detalu. Potrawy to małe dzieła sztuki, jednakże w tym miejscu należałoby się zastanowić, ile w tym zasługi redakcji, a ile kucharzy z miejsc, które magazyn odwiedza. Z tego względu, że większość potraw to dania restauracyjne, z założenia powinny przyciągać uwagę. Bardzo się cieszę, że Polacy dzięki temu magazynowi mają możliwość posmakować kuchni skandynawskiej ale brakuje mi chociażby jednego artykułu o tym, co w Skandynawii je się bardziej tradycyjnego czy też domowego, a tak możemy jedynie posmakować kuchni restauracyjnej, o ile będzie nam się chciało gotować tak skomplikowane dania. Mocnym punktem czasopisma są też próby popularyzacji miejsc wartych odwiedzenia zarówno w Polsce jak i w Skandynawii. Zawsze uważam, że im więcej takich miejsc tym lepiej. Dobrym także pomysłem jest prezentowanie ciekawych gadżetów kuchennych, zastawy czy też urządzeń, które chciałby sobie kupić kucharz pasjonat. Patrząc jednak przynajmniej na propozycje z Ikei (poza tym jest jeszcze Duka), możemy stwierdzić, że nie są to żadne nowości, a prezentowane na przykład talerze są dostępne już od paru sezonów. Należałoby więc popracować nad aktualnością prezentowanych rzeczy. Uważam także, że prezentowanie przepisów z danego numeru na końcu czasopisma jest dobrym pomysłem przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze przepisy w środku numeru zaburzają nam porządek czytania, kiedy chcemy jedynie zrelaksować się lekturą a niekoniecznie coś ugotować. Przepisy na końcu umożliwiają zachowanie lepszej integralności czasopisma a poza tym łatwiej je znaleźć w magazynie, który ma ponad 160 stron (jest to jednak dwumiesięcznik). Jest jeszcze drugi powód, dlaczego to rozwiązanie mi się podoba ale o tym później. Co do potraw i gotowania (tu zaczynają się wady).Czasopismo ma przede wszystkim niewiele własnych przepisów; jest to mniej więcej 16 stron, ponieważ reszta przepisów pochodzi z restauracji, które redakcja odwiedza. Myślę, że to o wiele za mało. Po drugie, i tu przykład tego, jak nie można traktować jedzenia, w artykule „Smaki jesieni” czasopismo, co prawda przedstawia składniki, które powinny się znaleźć w jesiennym menu, ale na dobrą sprawę nie wiadomo po co. Po pierwsze dlatego, że nie ma żadnych przepisów do tego artykułu, po drugie, ktoś, kto wie jak smakuje homar czy przepiórka (przepisy w numerze) raczej powinien wiedzieć, co jada się jesienią. Potrawy są piękne, jednakże większość z nich jest przygotowana dla restauracji. Trzeba przyznać, że można znaleźć wiele elementów w tych potrawach, które można wykorzystać i które mogą być źródłem inspiracji także jeśli chodzi o plating, jednakże wiele z nich składa się z dużej ilości samodzielnych składników, które trzeba dopiero złożyć (pracochłonność). Poza tym przepisy są w większości dla zaawansowanych (redakcja nie tłumaczy technik), potrzebne są czasami trudne do zdobycia składniki (Skąd je wziąć?!) lub też sprzęt, który nie każdy ma w domu. Żeby nie być gołosłownym: potrawa „Pierś z kaczki” składa się z 4 części i zawiera w składnikach tapiokę i Demi Glace. Potrawa z wędzonego węgorza zawiera w składnikach „fondant rybny” i nie jest wyjaśnione, co to jest. Bardzo mi się natomiast podobał przepis na karkówkę i sałatkę z ziemniaków i gruszek i na pewno go wypróbuję. Na koniec tej części. Jak na czasopismo o kulturze jedzenia jest wiele o restauracjach, hotelach i miejscach godnych polecenia ale mam wrażenie, że autorzy zbyt mało piszą o samym jedzeniu. Niewiele w artykułach jest o składnikach potraw, o ludziach, którzy produkują czy przygotowują jedzenie i rodzajach kuchni, które reprezentują. Słowem, chciałoby się dowiedzieć więcej o jedzeniu, które serwuje się w tych wspaniałych miejscach. W zapowiedzi następnego numeru znowu mamy Skandynawię i tak się zastanawiam, czy to oznacza, że żadnej innej kuchni nie uświadczymy w Food & Friends? Mam nadzieję, że nie, choć nie wątpię, że ta kuchnia ma bardzo dużo do zaoferowania. Co do targetu tego czasopisma. Wydaje się, że ten magazyn jest adresowany do młodych , zamożnych ludzi, którzy lubią podróżować i smakować jedzenie w czasie swoich podróży. Niekoniecznie jest to magazyn dla ludzi, którzy lubią lub chcą gotować. Może to być magazyn, który traktuje o restauracjach, świetnych miejscach do zwiedzania oraz o jedzeniu, które można w tych miejscach zjeść, ale niekoniecznie ma to być magazyn – instrukcja do odtwarzania jedzenia chefów w domu,. Wiadomo, że do restauracji idzie się po to, żeby zjeść coś, czego w domu nie jemy, a z drugiej strony nikt raczej nie odtwarza tego, co zjadł w restauracji. Oczywiście możemy wykorzystać niektóre pomysły restauracyjne ale to nie znaczy, że chcemy wszystko tak zrobić, jak nam tam podano. Z tego względu tak trudno jest napisać restauracyjną książkę kucharską, która mogłaby być używana w domu. Zatem, i tu wracam do drugiej zalety umiejscowienia przepisów na końcu czasopisma, dobrze, że tam możemy znaleźć przepisy, bo Ci którzy nie chcą gotować, nie muszą być zmuszani, żeby sobie nimi zawracać głowę. Dalej. Czy target nie znudzi się po jakimś czasie czasopismem, które poświęca około 100 swoich stron na reklamę doskonałych, nieskazitelnych miejsc, które można odwiedzić? Nie wiem. Może tak, może nie.Myślę, że magazyn ma potencjał i chciałbym zobaczyć w jaką stronę będzie ewoluował. Poza tym konkurencja na każdym rynku jest pożądana. Strona www.foodandfriends.pl
|